Nie jestem fanatyczką zdrowego żywienia. Wiem jak wielkie ma ono znaczenie ale pamiętam słowa jednej z dietetyczek: "Frustracja wynikająca z niemożności zjedzenia czegoś, czyni większą szkodę niż zjedzenie tego czegoś". Stało się to moim mottem zawsze kiedy przechodziłam obok ulubionej cukierni. Nie jadam słodyczy tonami, bo nie zniosłabym takiej ilości cukru. Ale są chwile, kiedy zbiera się wszystko razem, czyli pms, brzydka pogoda i sterta spraw, których załatwianie nie ma końca. Sposobem na odcięcie jest coś dla ciała i ducha. Więc dziś jest grana książka, łóżko (tak, uwielbiam jeść w łóżku!) i słodkość. Z lenistwa nic nie zrobiłam, więc posilam się gryczanym miodem (samo zdrowie!), w którym maczam włoskie grissini. Jak się zasłodzę, piję wodę. I tak w kółko. Raz nie zawsze, więc na krytyki nie przyjmuję :-)
wtorek, 14 lipca 2015
Na chandrę: sałatka
Nie zawsze jest tak jakby się chciało, żeby było. I nie zawsze da radę coś z tym zrobić, bo chociaż podręczniki motywacyjne mówią co innego, okoliczności są niesprzyjające. Czasem trzeba przyoblec się w skorupkę i poczekać. A jednak cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Im jestem starsza, tym gorzej. Może dlatego, że czas płynie szybciej niż kiedyś. A może dlatego, że już minął kawałek życia, który można "rozliczyć". Do tego wszystkiego pogoda robi psikusa, fundując zimno i deszcz w samym środku lata.
W związku z tym, najchętniej położyłabym się pod kocem z kubkiem herbaty i przeleżała tak aż do zmiany sytuacji. Gotować też mi się nie chce. Więc wygrzebałam to, co w lodówce i zrobiłam sałatkę. Nawet trochę poprawił mi się po niej humor...
sałatka z rybą wędzoną:
ok. 15 dkg wędzonej ryby (dowolnej, ja użyłam dorsza)
sałata (mogą być też kiełki)
1 pomidor
1 ogórek
1 cebulka dymka ze szczypiorkiem
sól, pieprz, oliwa, sos balsamiczny (ja używam figowego)
Na talerzu rokładamy porwaną na kawałki sałatę, na to pokrojony w kawałki pomidor, ogórek, porwana na kawałki ryba i cebula ze szczypiorkiem. Delikatnie solimy, wszak ryba jest już słona, dodajemy pieprz. Polewamy oliwą i sosem balsamicznym. I uśmiechamy się, mimo wszystko.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Po prostu ziemniak...
Ziemniak jaki jest, każdy widzi. A czasem jest produktem bardzo przydatnym w kuchni. Szczególnie po wydaniu wszystkich pieniędzy na buty i nową torebkę z firmowym znaczkiem. No ale wybory i konsekwencje, zatem przechodzimy na tryb oszczędnościowy, co latem jest nawet przyjemne. Dużo świeżych, młodych i pysznych darów matki natury nadmiernie nie odchudza portfela a syci i daje radość smacznego posiłku. Z młodymi ziemniakami jest wyjątkowo łatwo, bo się wrzuca do gara, soli i po chwilach kilku są gotowe. Wystarczy dodać masło i koperek, no i oczywiście coś jeszcze. A dziś tym czymś, poza malinowymi pomidorami z cebulką (ale na to przepisu nie trzeba) jest kapusta duszona, którą to A. zmajstrowała w weekend. Bo mimo tropików na zewnątrz, warto zjeść coś ciepłego.
Duszona młoda kapusta:
poszatkowana kapusta (ilość dowolna, musicie jednak pamiętać, że zmniejsza ona swoją objętość ok czterokrotnie)
cebula
zielenina (koperek, natka, szczypiorek, por)
oliwa+masło
sól, pieprza
sok z cytryny
Na niewielką ilość wody wrzucamy kapustę i gotujemy ok 5 minut, potem dodajemy wszystkie pozostałe składniki łączni z przyprawami, poza sokiem z cytryny. Dusimy na wolnym ogniu, aż kapusta będzie miękka, co zajmuje ok 20 minut. Na końcu doprawiamy sokiem z cytryny. Gotowe!
niedziela, 5 lipca 2015
Miało być hinduskie, wyszło tajskie...
Prawdziwa gospodyni gardzi przepisami, bo sama je tworzy. Tak ktoś mądry powiedział i szczerze mówiąc, nie wiem co miał na myśli, ale z pewnością trafił w punkt. I nie to, że mam aż taki potencjał twórczy... Po prostu czasem czegoś brakuje w domu i nie chce się iść do sklepu a czasem coś się wymyśli i kombinuje jak to zrobić.
Proces powstawania tego dania był trudny, bo zamysł miał hinduskie korzenie ale w trakcie przygotowywania, włączając drobne uszkodzenia ciała, smak coraz skuteczniej od Indii się oddalał. A z racji tego, że w pewnym momencie smak całkiem zniknął, zaczęłam go ratować. Oczywiście tym, co miałam pod ręką. Całkiem się udało, bo dzięki limonkowym liściom, aromat rozniósł się po całej kuchni. Wyszło zacne.
Warzywa w sosie orzechowym:
dowolne warzywa (ja użyłam bakłażana i cukinii)
duża cebula
4-5 łyżek orzechów i nasion (słonecznki, nerkowce, brazylijskie, laskowe, itp.)
pół pęczka natki pietruszki
ząbek czosnku
4-5 listków limonki (do kupienia mrożone)
limonka
sól, pieprz
oliwa
Na oliwę wrzucamy pokrojoną w półplasterki cebulę oraz pokrojone w kostkę warzywa. Dodajemy przyprawy oraz liście limonki. W razie potrzeby możemy podlać trochę wodą. Dusimy aż będą prawię miękkie.
Z orzechów, natki, czosnku, oliwy i odrobimy wody robimy dość rzadkie pesto w blenderze. Dodajemy do warzyw, mieszamy i dusimy jeszcze ok 10 minut. Podajemy skropione sokiem z limonki.
niedziela, 28 czerwca 2015
Karpatka z truskawkami i historią...
Tu nie chodzi o ciasto. Ono jest tylko dodatkiem do szaleństwa, które tego dnia przekroczyło wszelkie granice...
Jak zwykle miało być normalnie. Po dniu pracy, miałyśmy spotkać się z A., żeby dalej robić nasz pogodzinowy projekt. A że lato, i choć nie upalne, to jednak przyjemne, chciałyśmy dosłodzić sobie czas umysłowego wysiłku. Zjadłoby się ciasta z kremem ale robić się go specjalnie nie chce, zatem, droga wyjątku - ciasto z torebki. Tak, tak, miałam gotować. Że niby to blog kulinarny. Ale nawet najbardziej wytrawny kucharz, sięga czasem po gotowiec. Szczególnie w sytuacji, kiedy projekt nad którym siedzi się ostatnich kilka tygodni nagle okazuje się być ściemą, bo szefowa to szemrana bizneswoman z ojcem przemytnikiem a ten, co to niby wszystko wymyślił, to jednak nic nie wymyślił i zwiał. Chcąc ratować resztki godności i pracy, mieszałyśmy w garach, przegadując sytuację. Szybko skończyłyśmy, bo zadzwonił kolega, że jego koleżanka zaszła w ciążę z tym, co to nas kiedyś w bambuko zrobił... No teraz to już trzeba było nie tylko mieszanie przyśpieszyć ale i wino otworzyć, bo stopień abstrakcji sytuacji sięgnął zenitu, zwłaszcza, że owa pokrzywdzona, jechała właśnie do nas żeby karpatką otrzeć łzy..
Szał i amok. Więc byle szybko i do pieca, żeby wreszcie podnieść poziom glukozy. W tym całym stresie, nie zapomniałyśmy jednak z A. o podstawowych zasadach zachowania zdrowia, więc nieco zmodyfikowałyśmy torebkową recepturę. Zamiast mleka - nigdysięniepsującegozchemią - dodałyśmy mleko sojowe, zamiast margaryny - prawdziwe masło. No i oczywiście truskawki, żeby estetyką oko nacieszyć. Poza tym, przecież jechała do nas kobieta w potrzebie! Wyszło przednio, choć procedury produkcyjnej za cholerę nie pamiętam (wino?). Ale jestem pewna, że robiłyśmy ją zgodnie z tym, co na opakowaniu...
piątek, 26 czerwca 2015
Śniadanie! Latooooo!
Parszywie krótkie i podłe jest lato w tym roku. Z racji tego, że mnie jest ciągle zimno, na ogół na śniadania jadam coś ciepłego. Tylko przez kilka tygodni mogę zafundować sobie inną wersję jedzenia, żeby nie telepać się po nim z zimna. A jak wiadomo, poranek nie sprzyja wizytom w kuchni, szczególnie, jest jest ona pełna wspomnień po wieczorze w nieco większym gronie. Znajdując trochę owoców i jedyne czyste naczynie, jakim jest blender, na szybko, pomiędzy wbijaniem się w gajer a malowaniem rzęs, można zrobić koktajl. Żółty, jak słońce :-)
Żółty koktajl:
pół mango
pomarańcza
pół grejpfruta
opcjonalnie łyżeczka soku z limonki
Wszystko obieramy i blendujemy. Można dodać trochę wody, jeśli jest za gęsty. Żadnego cukru, żadnego słodzika. I tak wykręca twarz od nadmiaru energii.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Popracowa obiadokolacja
Uff... Wiele mam takich dni jak dziś. Nie ma czasu nawet napić się herbaty, nie mówiąc o czymś konkretnym do jedzenia. Wracając do domu, zdejmując cisnące po wielu godzinach szpilki i ignorując dopominającego się kolacji kota, przypominam sobie, jak to było w rodzinnym domu, kiedy zawsze czekał obiad. Ciepły i pachnący. No niestety, Mama, choć kochana, to zbyt daleko, żeby wpaść do Niej na zupkę... Ale w lodówce zupełnie przypadkiem odkryłam ugotowane wczoraj grzyby. Domowe, z pobliskiego lasu zebrane i przez Mamę ususzone. Trzymam je w szczelnie zamkniętym słoju, co by na przykład jakiś mól nie postanowił ich zeżreć przede mną. Odwdzięczają się nieziemskim aromatem i fantastycznym smakiem. A że dziś ani czasu ani siły na wielkie gotowanie, to obiad w kwadrans, oparty na trzech składnikach: grzybach, makaronie i kiełkach. Jeść!!!
Makaron ryżowy z grzybami:
opakowanie makaronu ryżowego, sojowego lub z fasolki mung
ugotowane leśne grzyby (ok. 7-10 sztuk, najlepiej suszonych kapeluszy, ugotowanych w wodzie ze szczyptą soli)
opakowanie kiełków sojowych lub z fasolki mung
sos sojowy, pieprz, oliwa
szczypiorek (opcjonalnie)
Na patelnię, na rozgrzaną oliwę, wrzucamy pokrojone w paski, ugotowane grzyby, dolewamy sosu sojowego, pieprzu i dusimy ok 10-15 minut. Dodajemy kiełki.
W tym czasie moczymy we wrzątku makaron (jeśli ryżowy, to gotujemy go ok. 3-5 minut). Odcedzamy i dodajemy do grzybów. Mieszamy wszystko razem. Na talerzu posypujemy szczypiorkiem.
Niestety je się równie szybko jak się przygotowuje :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


